wtorek, 20 marca 2012

Rozdział 2.


- Ja pierdolę, jak tylko tego chuja spotkam, tak mu, kurwa, przyjebię, że własna matka go nie pozna! – uniesiony chłopak wtargnął do domu kolegi. – Ty wiesz, co on kurwa zrobił? Wiesz? Wstawaj, pacanie! – zrzucił koc z sofy, na której poprzedniego wieczoru zasnęła Camilla. – O kurwa! Duff? – chłopak porządnie się zdziwił, kiedy ujrzał obcą dziewczynę w salonie przyjaciela. Ta, rozbudzona krzykami chłopaka, popatrzyła na niego dziwnie, na powrót przykrywając się kocem. – Kim jesteś i co zrobiłaś z moim kumplem?
W progu zjawił się Duff.
- O, Slash. Nie wiedziałem, że wpadniesz – powitał przyjaciela. – Poznajcie się. Camilla, to jest Slash, Slash to Camilla, którą zgarnąłem ze szpitala. Mówiłem ci o niej wczoraj.
- Niezmiernie mi, kurwa, miło – rzucił do dziewczyny.
- Zachowuj się! – skarcił go McKagan.
- No co znowu? Już sobie idę! – ruszył do drzwi, kiedy przypomniał coś sobie. – A właśnie! Pomożesz mi zlikwidować tego dziwkarza.
I wyszedł, zostawiając Duffa, zastanawiającego się, o co mu chodziło, i Camillę, która składała koc.
- Zostaw to – przerwał jej chłopak, wyrywając go z jej rąk.
- Poradziłabym sobie.
- Wiem, ale ty musisz iść się teraz ubrać, bo za piętnaście minut wychodzimy – wyjaśnił. – Chciałaś zobaczyć miasto, prawda? – dodał widząc jej niepewną minę.
- No tak, racja. Już lecę.
I zniknęła, za białymi drzwiami jego dużej łazienki, ze swoją kosmetyczką. Chwilę potem była gotowa do wyjścia.
- Nieźle jak na babę – skomentował, kiedy po pięciu minutach stanęła przed nim ubrana w granatowe szorty, trampki i koszulkę z kolorowym nadrukiem, z delikatnym makijażem, podkreślającym jej zielone oczy, i włosami związanymi w wysoki kucyk. Nie każda dziewczyna wyrobiłaby się w takim czasie. – To jak? Wychodzimy?
- Jasne, jasne.
Duff przepuścił Camillę w drzwiach, po czym zamknął je na klucz, wsadzając go potem do kieszeni swoich dżinsów.
Po obejściu jakiejś jednej czwartej centrum zatłoczonego miasta, postanowili odpocząć. Weszli do niewielkiego baru na rogu, który raczej nie rzucał się w oczy. Jakże oryginalna nazwa „Pod Złotym Żurawiem” wypisana markerem na drzwiach nie specjalnie zapraszała do środka. Jednak Duff zapewnił dziewczynę, że to będzie najlepsze miejsce, aby odpocząć od tłumów ludzi, którzy zaczęli właśnie wyjeżdżać z pracy, tworząc długie korki na ulicach.
Po złożeniu zamówienia, zajęli stolik najdalej od drzwi. Camilla z ulgą stwierdziła, że wnętrze prezentuje się dość przyzwoicie w porównaniu z pierwszym wrażeniem. Obite sztuczną skórą fotele miały przyjemny, nie rażący beżowy kolor. Na każdym stoliku znalazła się popielniczka i malutki wazonik z kwiatuszkiem. Na ścianach, w rzędzie, pozawieszane jakieś fotografie, które były zbyt daleko, by Camilla mogła im się dokładnie przyjrzeć.
Młoda kelnerka o słowiańskiej urodzie przyjęła zamówienie.
- Mogę cię o coś zapytać? – zagadnęła Camilla.
- Jasne, pytaj – zachęcił ją.
Nie była pewna, czy może zapytać o to, co chciała, ale kiedy już się zdecydowała, czyjś wysoki krzyk wybił ją z rozmyślań.
- Aaa! Pali się, pali się! – kelnerka, która przed chwilą stała przy ich stoliku, wybiegła z kuchni, potykając się o próg i upadając boleśnie na podłogę.
Poruszeni ludzie zaczęli rozglądać się, co się dzieje, czy na pewno coś się pali, czy też młoda kobieta jest chora psychicznie… Jakiś młody, umięśniony mężczyzna pomógł wstać dziewczynie i przytrzymał ją, by nie upadła.
- Ludzie, uciekajcie – wychrypiała przez łzy. – Szybko…
Nikt z obecnych nie wiedział, jak się zachować. Jedni siedzieli jak osłupiali, wpatrując się w blondynkę, inni korzystali z okazji i wychodzili zanim ktoś podał im rachunek.
- Chodźmy stąd – powiedział Duff i złapał Camillę za rękę. – Lepiej nie być zamieszanym w żadne podejrzane sprawy.
Wyszli szybko zostawiając za sobą otwarte drzwi, którymi chwilę później wyszedł mężczyzna trzymając wyrywającą się i płaczącą kobietę.
- Czekaj – Camilla zatrzymała Duffa, kiedy byli po drugiej stronie ulicy. – Ja znam tego gościa…
- Skąd? – zapytał i chciał pociągnąć ją, aby szli dalej, ale ta się opierała.
- Stój. Chodźmy do nich…
- Nie wygłupiaj… - zanim zdążył skończyć, Camilla pobiegła z powrotem w kierunku baru, o włos unikając potrącenia przez samochód. - …się.
Nagle ludzie zaczęli opuszczać lokal, wybiegając z krzykiem ze środka, jakby faktycznie się paliło, nie zauważając nawet potrąconej przez nich dziewczyny.
- Mówiłem „zostań”, to nie… Musi się, kurwa, pchać… - Duff podniósł Camillę z ziemi i poprowadził w stronę domu. Niecałe dziesięć minuty później siedzieli na sofie w salonie. Duff próbował opatrzyć kolano dziewczyny, ale jakoś nie specjalnie mu to wychodziło.
- Daj spokój, Duff. Przeżyję jakoś – zaśmiała się, widząc nadaremne starania chłopaka.
- Przecież robię, co w mojej mocy – odpowiedział tonem, jakby robił, co najmniej przeszczep serca. – Jeszcze tylko plasterek. I… gotowe – uśmiechnął się zadowolony ze swojej roboty.
- Dziękuję. To jak już się tak wczułeś w rolę dzielnego samarytanina, to możesz mi wody przynieść – poprosiła.
Zniknął za drzwiami kuchni, zostawiając Camillę samą na burgundowej kanapie. Wychyliła się, aby sięgnąć po pilot do telewizora, leżący na stoliku odsuniętym przez Duffa. Kiedy już znalazł się w jej dłoniach, próbowała rozpracować, którym przyciskiem włączyć sprzęt, gdyż nieczęsto miała okazję „pobawić się” takimi rzeczami.
- Tutaj – wcisnął odpowiedni guziczek i postawił przed nią szklankę wypełnioną wodą mineralną.
To nic. To nic, że zachowuję się jakbym znała tego chłopaka wiele lat. To nic, że siedzę mu na głowie i mam tego pełną świadomość. To nic, że zatruwam mu sobą jego życie. To wszystko, to jedno wielkie nic. I pomyśleć, że łudziłam się, że jakoś mi się to wszystko ułoży. Moje życie skończyło się w wieku siedemnastu lat. O ile można było to tak nazwać. A teraz? Żyję z dnia na dzień z niepewnością, czy jutro nie wyląduję na ulicy. Chociaż może byłoby mi tam lepiej? Może jemu byłoby tak lepiej? – spojrzała na Duffa przerzucającego kanały, próbując odgadnąć, o czym teraz myśli.
Jej przemyślenia przerwał donośny dzwonek do drzwi. Chłopak zerwał się, żeby otworzyć. Z przedsionka dobiegł ją dziewczęcy głos i z zaciekawieniem przysłuchiwała się ledwo słyszalnej rozmowie.
- I wtedy on zaproponował, że mnie podwiezie, no to wsiadłam z nim do tego samochodu, i jestem – zakończyła swoją jakże fascynującą opowieść nastolatka, imieniem Madison, która siedziała teraz w salonie pomiędzy Camillą a Duffem, pijąc oranżadę z kostkami lodu.
- Ale tak w ogóle, to chciałaś coś konkretnego, czy tak tylko w odwiedziny przyjechałaś? – zapytał blondyn.
Camilla zlustrowała dokładnie ubraną w krótką skórzaną spódniczkę i koszulkę z logo jakiegoś nieznanego jej zespołu dziewczynę, która zastanawiała się, jak powinna zareagować.
- Bo widzisz… - na jej czole pojawiła się zmarszczka. – Tak właściwie, to rodzice nie wiedzą, że tu jestem, bo…
- Uciekłaś z domu?
- Nie – odpowiedziała pospiesznie. – To znaczy, nie do końca uciekłam. Bo ja musiałam się na jakiś czas stamtąd wyrwać… - zaczęła tłumaczyć. – Ja wrócę. Tylko muszę odpocząć od nich wszystkich. I tak sobie pomyślałam, że wpadnę do ciebie i uda mi się tu zostać jakieś dwa, trzy dni. Tylko ja nie wiem, czy nie będę przeszkadzać… - spojrzała niepewnie na Camillę. Nie znała jej i nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Może starszy brat nie pozwoli jej zostać i wyrzuci ze swojego domu? Albo, co gorsza, zadzwoni do rodziców i poinformuje ich, że przyszła do niego. To byłaby dla niej tragedia. W jednej chwili zapragnęła wyjść stąd jak najszybciej i nie wchodzić Duffowi w drogę przez najbliższy czas.
- Dobrze – oznajmił Duff po chwili namysłu.
- Proszę?
- No zgadzam się. Ale nie więcej niż trzy dni – dodał.
- Naprawdę? – zapytała niedowierzając. Podbiegła do brata i rzuciła mu się na szyję. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję…

piątek, 24 lutego 2012

Rozdział 1.


- Gdzie… Gdzie ja jestem? – szeroko otwarte oczy obiegały wzrokiem białe ściany i pracujące urządzenia, które stały przy łóżku. – Hej!
W pomieszczeniu nikogo nie było, ale przez uchylone drzwi było widać poruszających się za nimi ludzi. Do sali wszedł lekarz w białym kitlu.
- Witam, jak się dziś czujemy? – zapytał podchodząc do pacjentki.
- Zajebiście – wychrypiała ironicznie.
Boże, co ja tutaj robię?
- Miałaś wypadek, niecały tydzień temu. Cieszę się, że już się obudziłaś – odpowiedział na pytanie, które po chwili powiedziała na głos.
- Tydzień temu? – nie mogła uwierzyć, że tak długo była nieprzytomna.
- Tak. Jeśli badania nie wykażą nic poważnego, jutro panią wypuścimy.
- Miło – powiedziała i pozwoliła, by lekarz ją zbadał. Po chwili dołączyła do niego młoda pielęgniarka podając dziewczynie jakieś tabletki do połknięcia. Nie chciała wiedzieć, co to jest, więc bez zbędnego gadania popiła pigułki.
Lekarz wpisał coś do karty pacjenta i wyszedł.
- Siostro – zagadnęła dziewczyna. – Co się w ogóle stało? Czemu tu jestem?
Wysoka szatynka odwróciła się do niej, wyglądając znad grubych oprawek swoich okularów.
- Nie pamiętasz?
- Jakoś nie specjalnie – chciała się podnieść, ale po długim pobycie w pozycji leżącej zaczęło kręcić jej się w głowie i z powrotem opadła na białą poduszkę.
Czemu wszystko tutaj musi być tak bardzo białe? Spojrzała w dół. No tak. Biała szpitalna piżama, czemu jej to nie zdziwiło…
- Budynek na Santa Monica, w którym znajdował się bar, zawalił się w zeszły piątek. Oprócz ciebie przywieźli jeszcze parę poszkodowanych. Masz szczęście, że to tylko kilkudniowa śpiączka.
- Boże… - szepnęła sama do siebie. – Pierwszy tydzień w Los Angeles, a już wylądowałam w szpitalu…
- Rzeczywiście, niezły pech – zaśmiała się pielęgniarka, która majstrowała coś przy urządzeniach obok łóżka pacjentki.
- Tu jesteś! – do pokoju wbiegł wysoki farbowany blondyn. – Co robisz?
- Pracuję, ciołku.
Chłopak podszedł do niej, szeptem wymienili parę zdań, po czym wyszedł, życząc pacjentce szybkiego powrotu do zdrowia i uśmiechając się.
- Kto to był? – zapytała ciekawska dziewczyna. – Kojarzę go skądś.
- Był w barze podczas tego nieszczęsnego wypadku. Może tam go widziałaś?
Tak! Olśniło ją.  Pamiętam. Siedział obok mnie i rozmawiał z barmanem. Kiedy przyszłam tak dziwnie zlustrował mnie wzrokiem. Nawet się uśmiechnął. I kiedy wstał, był taki wysoki w porównaniu ze mną, tak jak ta pielęgniarka. Byłam w trakcie pierwszego drinka.
Kilka chwil później została już sama ze swoimi myślami. Zastanawiała się, co dalej będzie. Gdzie pójdzie po wyjściu ze szpitala, czy spotka jeszcze chłopaka o blond włosach na swojej drodze, czy uda jej się wynająć jakieś mieszkanie, czy dostanie pracę. I co najważniejsze – jak dalej potoczy się jej życie. Przemyślenia przerwał jej chłopak, który, tak jak ostatnio, bez skrępowania wbiegł do jej sali.
- Jest Eva? – zapytał zasapany, rozglądając się wokół. Dziewczyna pokręciła przecząco głową. – W takim razie sorry – uśmiechnął się przepraszająco.
- Czekaj – zawołała za nim, kiedy wysoki blondyn wychodził. Odwrócił się w jej stronę z zainteresowaniem, ciekawy, co też mała istotka w szpitalnym łóżku ma mu do powiedzenia.
- Byłeś w tym barze, prawda? – zaczęła trochę nieśmiało. – Siedziałeś obok mnie. A później tańczyliśmy – przypomniała mu z nadzieją, że ją rozpozna.
- Tak. Uroczo wyglądałaś w tej czerwonej sukience – puścił jej oko, po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi.
A jednak to on. Muszę go poznać – postanowiła.
Kiedy z ulgą stwierdziła, że przestało jej się kręcić w głowie, wstała powoli, zakładając wyniszczony szpitalny szlafrok, leżący w nogach jej łóżka. Napiła się z plastikowego kubeczka, który stał na szafce, mając nadzieję, że to tylko czysta woda.

- Siostro – zagadnęła znajomą pielęgniarkę.
- Słucham? W czymś jeszcze pomóc? – zapytała uprzejmie.
- Nie… To znaczy tak – nie wiedziała jak zacząć. – Chodzi o tego chłopaka, który był tu ostatnio.
- No tak. Wyszedł przed chwilą. Jeśli się pospieszysz, złapiesz go przed szpitalem – wskazała korytarz na prawo.
Podziękowała i pobiegła, w stronę wskazaną przez pielęgniarkę, starając się nie potrącić nikogo. Cieszyła się, że nie musiała jej nic tłumaczyć.
- Hej, uważaj.
Chłopak, na którego wpadła złapał ją mocno, chroniąc przed twardym upadkiem.
- Em… Przepraszam – dziewczyna szybko ocknęła się z zamyślenia i stwierdziła, że ma przed sobą wysokiego blondyna.
- Nie szkodzi. Gdzie tak pędzisz? – zaśmiał się. – Chcesz tam wrócić z połamanymi nogami?
Dziewczyna zmieszała się. Miała mu powiedzieć, że właśnie go goniła, bo chciała sobie z nim pogadać o pogodzie? Jak tylko o tym pomyślała, z nieba zaczęły kapać drobne krople wiosennego deszczu.
- Jeśli nie masz nic przeciwko, to… - wskazał budynek po drugiej stronie ulicy. – Tam jest kawiarnia.
- Jasne – zgodziła się od razu.
Przeszli między samochodami stojącymi w popołudniowym korku i weszli do lokalu, chroniąc się przed deszczem, który z każdą chwilą przybierał na sile. Usiedli przy stoliku w rogu, przy oknie.
- Co podać – od razu przybiegła do nich kelnerka w zielonym fartuszku i z notesem w ręce.
- Dla mnie to, co zwykle, a dla mojej uroczej towarzyszki gorąca czekolada.
- Jest tu ktoś jeszcze? – zapytała dziewczyna rozglądając się wokół ich stolika, kiedy kelnerka odeszła.
- Dlaczego? – chłopak nie wiedział, o co jej chodzi.
- Powiedziałeś „dla uroczej towarzyszki”, a ja tu nikogo nie widzę – wyjaśniła próbując zachować poważny wyraz twarzy.
- Jesteś szalenie zabawna… Ja tu chcę być miły, a ty się tak odwdzięczasz… - odpowiedział udając obrażonego.
Chwilę potem, dziewczyna w fartuszku postawiła przed nimi napoje. Czekolada i piwo.
- Jak ci w ogóle na imię? – zapytał chłopak.
- Jestem Camilla.
- Ja Duff, miło mi – uśmiechnął się do niej przyjaźnie, a ona delikatnie się zarumieniła. – Od dawna jesteś w Los Angeles?
- W sumie, to… Z jakiś tydzień. Wcześniej mieszkałam w małej mieścinie na drugim końcu kraju. Właściwie to byłam w więzieniu… - urwała, spoglądając jak chłopak zareaguje na tę wiadomość. On jednak kiwnął głową, by kontynuowała. – Siedziałam przez pięć lat za domniemane zabójstwo swojej matki. Którego oczywiście nie popełniłam – dodała szybko. Spojrzała przez szybę na ludzi, którzy w nerwach chowali się w budynkach przed ulewą. – W końcu się zorientowali, że nie byłam winna. Ale tych kilku lat nikt mi już nie odda. Kiedy mnie wypuścili nie miałam do kogo pójść. Moja starsza siostra gdzieś przepadła, nie miałam z nią żadnego kontaktu. Młodszą przybraną siostrzyczkę zabrali do rodziny zastępczej, której nie znałam. Ojciec zostawił nas, kiedy byłam jeszcze mała. Dalszej rodziny nie znam, matka nie chciała, żebym ich poznała – zmoczyła usta w słodkim, ale gorącym płynie, który oparzył jej język. - Wzięłam wszystkie swoje oszczędności i przyleciałam tu pierwszym możliwym lotem. Znalazłam jakiś tani hotel, w którym się zatrzymałam, a trzeciego dnia tutaj, trafiłam do szpitala. Zajebiście, prawda? Teraz kasa mi się skończyła i nie mam gdzie się podziać.
Skończyła swoją opowieść równo z opróżnieniem kubka. Na dworze przestało padać i zaświeciło słońce, a na ulicy ponownie pojawili się ludzie.
Chłopak dokładnie zlustrował siedzącą naprzeciw niego brunetkę.
- Możesz… - wyrwał ją z zamyślenia. – Możesz wrócić ze mną. Pomieszkać jakiś czas.
- Przestań… Nie chcę siedzieć ci na głowie.
- Ależ nie ma najmniejszego problemu. Przecież cię tak nie zostawię. Idziemy – rzucił na stół banknot i pociągnął za sobą dziewczynę.
Co on kurwa robi? Tylko problemy na siebie sprowadza…
­- Przestań – próbowała wyrwać mu się na ulicy. – Rozum ci po tym piwie odebrało – zaśmiała się.
- To tylko piwo, Mała – puścił jej oko, złapał za rękę i trzymając całą drogę, aby nie uciekła, zaprowadził do domu kilka przecznic dalej.
Przez równo ścięty trawnik biegła kamienna dróżka, prowadząca od furtki z jasnego drewna, do drzwi na trzystopniowym podwyższeniu. Chłopak otworzył je i przepuścił przed sobą Camillę.
- Witaj w dżungli, Mała…

niedziela, 19 lutego 2012

Prolog

Prolog - szalenie nudny wstęp; wytwór mojej chorej wyobraźni, który postanowiłam zamieścić na blogu. Jak zwykle ma mało związku z głównym wątkiem, który pojawi się nieco później.


-Co robisz? - zapytała słodko Susane, wparowując bez skrępowania do pokoju młodszej siostry.
-Nie przeszkadzaj – Camilla odsunęła delikatnie rękę nieproszonego gościa, który próbował odsłonić zasłoniętą kartkę trzymaną w jej rękach.
-Ale co robisz? - ta nie ustępowała.
-Wal się Suz, jestem zajęta - Camilla wstała, wypchnęła dziewczynę z pokoju i zatrzasnęła drzwi, podstawiając krzesło pod klamkę, by ta nie mogła wrócić. Albo nauczą się pukać i dadzą jej spokój, albo nie wejdą tu wcale. Wróciła do pracy. Była w trakcie rysowania mężczyzny ze snu. Nie znała go, ale zafascynował ją sobą. Przystojny brunet patrzył na nią ze szkicu.
-Uroczy jesteś – szepnęła.
-Mill, gdzieżeś znowu rzuciła te klucze?! - z kuchni rozległ się donośny głos jej matki.
Zdenerwowana dziewczyna zeszła do salonu, wzięła klucze z półki i prawie rzuciła je przed rodzicielką na stole.
- Coś jeszcze? – zapytała i dostawszy przeczącą odpowiedź, skierowała się na schody.
Wróciła do siebie i swojego rysunku. Nie zdążyła się w pełni oddać pasji, kiedy w pokoju obok głośno rozbrzmiała, znienawidzona przez nią, popowa muzyka, której słucha jej młodsza przybrana siostra. Zatłukę ją kiedyś – pomyślała, próbując udawać, że nic nie słyszy. Jednak każdy zbędny dźwięk, taki jak trzaskanie drzwiami i odpalanie starego samochodu, dodatkowo ją rozpraszały.
Przecież tu nie da się myśleć - stwierdziła i z rysownikiem pod pachą wybiegła z domu. Ruszyła w stronę parku, mając nadzieję, że tam znajdzie chwilę dla siebie.
Przeglądała kartki, niedokończone szkice, idąc wąskimi alejkami. Nagle ktoś wpadł na nią rozwalając po ziemi jej rysunki.
-Co robisz, idioto?! - zaczęła wydzierać się Młoda patrząc jak jej ciężka, wielogodzinna praca zostaje rozwiana przez wiatr.
Chłopak rzucił się, aby złapać wszystkie zguby i oddać właścicielce.
-Przepraszam, nie zauważyłem cię - zaczął się tłumaczyć. - Ładnie rysujesz.
-Dziękuję - odpowiedziała składając równo kartki. Chciała iść dalej w swoją stronę, ale chłopak dalej stał przed nią, zagradzając jej przejście. Dopiero teraz, kiedy próbowała go wyminąć, zauważyła, że ma duże przeciwsłoneczne okulary, czapkę z daszkiem, przysłaniającą twarz i kaptur.
-Ukrywasz się? - zapytała kpiąc lekko.
-Można tak powiedzieć. - odsłonił lico ukazując mocno zielone oczy i lśniące w słońcu rude włosy. - William - przedstawił się chłopak wyciągając rękę.
-Camilla - przełożyła szkicownik do lewej ręki i podała mu dłoń. - Więc, przed czym się chowasz, jeśli można wiedzieć?
-Przed kim, jak już - sprostował. Długa historia...
-Mam czas. Ty chyba też, skoro tak beztrosko spacerujesz sobie po parku - uśmiechnęła się milutko.
-No dobra - zgodził się Will. - W sumie, to nie aż tak długa... Gliny mnie szukają.
Dziewczyna z niedowierzeniem na niego spojrzała. Jak ktoś o TAKIM wyglądzie może być ścigany przez policję? Anioł, nie chłopak.
-Za co? - zapytała zainteresowana.
-Za narkotyki, kradzieże, bójki... - zaczął wyliczać.
-Dobra, starczy - przerwała mu Milla. - Niegrzeczny jesteś...
-Słyszę to codziennie - puścił do niej oko. Zaczęli się śmiać.
Chodzili tak po parku jeszcze jakiś czas. W końcu zaczęło się ściemniać. William odprowadził Camille do domu, po czym się pożegnali.
-Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy - powiedział zanim odszedł.
Kiedy dziewczyna weszła do domu, z przerażeniem spojrzała na zegar. Dochodziła jedenasta. Matka robiła awanturę, jeśli wracała po ósmej. Cholerne zakazy…
Chciała po cichu wejść na piętro do pokoju, ale będąc już na pierwszym stopniu schodów rozległ się przeraźliwy krzyk jej matki.
- Gdzie byłaś tyle czasu? - podeszła do niej.
-Na spacerze - odpowiedziała modląc się w duchu, żeby nie bolało za bardzo.
-Śmierdzisz papierosami. Paliłaś - stwierdziła i uderzyła córkę w twarz.
-Kolega palił - zaczęła się tłumaczyć.
-Ach... Więc byłaś z kolegą? - bolesne uderzenie w drugi policzek. Co jak co, ale ręce matka miała silne...
-Ze znajomymi. Siedzieliśmy w parku i zleciało nam. Mamo, proszę...
-Jak śmiesz mnie o coś prosić, suko? Tyle lat cię wychowywałam, a ty niczego się nie nauczyłaś! Powinnaś siedzieć w domu i się uczyć, a nie szwendać się z bandą debili - pchnęła ją na schody, kopnęła kilka razy i poszła sobie. Jak zwykle. Jakby sprawiało jej to przyjemność. A Camilla zawsze jest wobec niej bezbronna. I za każdym razem coraz bardziej odczuwa skutki matczynej podłości.

Obudziła się w swoim łóżku, w bieliźnie przykryta kocem. Siedziała przy niej Susane.
-Co jest...? - zapytała Milla próbując wstać. - Co ty tutaj w ogóle robisz, czemu nie jesteś u siebie?
-Tak tylko. Nie chciałam żebyś była sama.
-Od kiedy tak się troszczysz o młodszą siostrzyczkę?
-Przestań... może i jesteś wkurzająca, ale to nie zmienia faktu, że kocham cię jako siostrę... I nie życzę sobie, żeby ktokolwiek robił ci krzywdę. Nawet jeśli jest to nasza matka.
Camilla westchnęła, podeszła do siostry i usiadła obok.
-Dziękuję - powiedziała przytulając się do niej.
Na dole trząsnęły drzwi. Wyszła. Susanne zostawiła siostrę samą, aby ta mogła spokojnie się ubrać i ogarnąć jako tako przed wyjściem. Za pół godziny powinna wyjść do szkoły. Nie mogła zrobić sobie wolnego, jeśli nie chciała dostać od matki jeszcze raz. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale ona zawsze o wszystkim dowiaduje się jako pierwsza.
Ubrana w szare spodnie, trampki i koszulę w kratę siedziała przy kuchennym stole męcząc się nad bułką z masłem. Nic innego nie mogła przełknąć.

Dwie godziny później siedziała już w ostatniej ławce na chemii.
- Camilla, Camilla, Camilla… - starszy nauczyciel w okularach z grubymi oprawkami, podszedł do jej ławki i postukał długopisem w okładkę jej zamkniętego zeszytu, wyrywając ją tym samym z zamyślenia.
- Tak? – zapytała nieprzytomnym głosem. Nie jest dobrze…
- Proszę pokazać mi swój referat z chemii nieorganicznej – zażądał wyglądając zza swoich okularów profesor.
- Nie mam.
Kurwa! Jak mogła o tym zapomnieć? Mogła dać sobie głowę urwać, że miała to zadane na przyszły wtorek.
- Chciałbym panią poinformować, iż grozi pani zagrożenie z mojego przedmiotu. Radziłbym wziąć się za naukę. Proszę zostać po lekcjach – nauczyciel wrócił do swojego biurka i zaczął tłumaczyć klasie nowy temat.
Musi. Wiedziała o tym. Musi wreszcie zacząć się uczyć. Ale jakoś nie mogła się przełamać i usiąść do książek. Brakowało jej motywacji. Poza tym była cholernie leniwa.
- Olej to – poradził jej Will następnego popołudnia.
- Po to, żeby i mnie zaczęła ścigać policja? – zaśmiała się dziewczyna. – Nie, dzięki… Chyba jednak spróbuję to jakoś zaliczyć.
- Twój wybór… Ja tam nie mam takich problemów.
- No nie… - przyznała Camilla. – Ty masz gorsze – spojrzała na niego i wyszczerzyła się.
- Dzięki… - mrugnął do niej.
- Masz zegarek?
- Taa… Za piętnaście piąta.
- Muszę już lecieć.
Przytuliła się na pożegnanie i odeszła w stronę domu. Ma piętnaście minut na dojście przed matką, ale wszystko wokół wydawało się utrudniać jej szybką drogę. Wymijała ludzi na ulicy, przepychała się między staruszkami rozprawiającymi z zamiłowaniem, przebiegała na czerwonym świetle, o włos unikając wypadku.
Z impetem wbiegła do domu, mając nadzieję, że zdążyła. Było cicho, ale kurtka matki wisiała na wieszaku. Weszła szybko na górę rozglądając się po mieszkaniu. Zamknęła drzwi swojego pokoju i zabrała się do nauki. Biologia, angielski… Od czego zacząć? Niech będzie biologia.
Skończyła jakoś po północy i poszła wziąć szybki prysznic.
Dziwne, matki do tej pory nie było słychać? Pewnie znowu gdzieś się najebała i wróci nad ranem.
Susanne spała dzisiaj u jakiejś koleżanki, więc o nią martwić się nie musiała. Pani Richards lubi troszczyć się o ludzi. Zresztą dziewczyna jest prawie dorosła, sama też potrafi o siebie zadbać. A mała Sam? Jakoś mało interesowały ją losy przybranej siostry.

- Wkuwasz? – podeszła do niej Alice, koleżanka z ekonomii.
- Muszę, jeśli chcę zdać – odpowiedziała Camilla znad podręcznika. Wyszła do szkoły wcześniej, mając nadzieję na powtórzenie ostatniego tematu przed lekcją.
- Pomóc ci? Jestem dość dobra z angielskiego.
- Na razie nadrobiłam wszystkie zaległości, ale jeśli będę potrzebować pomocy, to dam znać. Dzięki – uśmiechnęła się.
Niedługo potem rozbrzmiał donośny dźwięk szkolnego dzwonka, wzywający na lekcje.
Wskazówka minutowa poruszała się niezwykle wolno, ale Milla próbowała skupić się na słowach nauczyciela, a nie na czasie.
Jeszcze dziesięć minut.
- Camillo, zrób następny przykład na tablicy – nauczycielka wskazała na dziewczynę podając jej kredę. Ta zerknęła do zeszytu na zrobione już zadanie, szukając odpowiedzi. Podeszła do tablicy i rozwiązała zadanie z pamięci, nie wiedząc nawet za bardzo, o co w nim chodzi. Nauczycielka podziękowała dziewczynie i pozwoliła jej zająć miejsce.
Nagle ktoś wszedł do klasy. Pierwsza myśl, że jakiś spóźniony uczeń pragnął uraczyć nauczycielkę angielskiego swoją obecnością przez pięć ostatnich minut. Ale kiedy odwróciła się do drzwi, okazało się ciut inaczej, niż przypuszczała.
- Camilla Spencer, jest tutaj? – zapytał jeden z przybyłych policjantów, czytając z karteczki jej nazwisko.
- To ja – odezwała się przestraszona lekko dziewczyna. Po cholerę o mnie pytają…?
- Idziesz z nami – powiedział drugi policjant podchodząc do Camilli z kajdankami.
- Ale co… co? – dziewczyna spanikowała. Chciała powiedzieć, że to musi być jakaś pomyłka, że się pomylili, bo ona nic przecież nie zrobiła, ale głos uwiązł jej w gardle. Przecież jakby chcieli tylko sobie pogawędzić, to nie skuwaliby jej kajdankami. Kurwa, za co?!
- Chwileczkę, o co chodzi? Dokąd ją zabieracie? – wtrąciła się nauczycielka.
- Mamy nakaz ją zatrzymać. Proszę dalej prowadzić lekcję – odpowiedział facet z imieniem John wypisanym na plakietce.
Wyszli z budynku szkoły i przerażoną dziewczynę wprowadzili do radiowozu.