niedziela, 19 lutego 2012

Prolog

Prolog - szalenie nudny wstęp; wytwór mojej chorej wyobraźni, który postanowiłam zamieścić na blogu. Jak zwykle ma mało związku z głównym wątkiem, który pojawi się nieco później.


-Co robisz? - zapytała słodko Susane, wparowując bez skrępowania do pokoju młodszej siostry.
-Nie przeszkadzaj – Camilla odsunęła delikatnie rękę nieproszonego gościa, który próbował odsłonić zasłoniętą kartkę trzymaną w jej rękach.
-Ale co robisz? - ta nie ustępowała.
-Wal się Suz, jestem zajęta - Camilla wstała, wypchnęła dziewczynę z pokoju i zatrzasnęła drzwi, podstawiając krzesło pod klamkę, by ta nie mogła wrócić. Albo nauczą się pukać i dadzą jej spokój, albo nie wejdą tu wcale. Wróciła do pracy. Była w trakcie rysowania mężczyzny ze snu. Nie znała go, ale zafascynował ją sobą. Przystojny brunet patrzył na nią ze szkicu.
-Uroczy jesteś – szepnęła.
-Mill, gdzieżeś znowu rzuciła te klucze?! - z kuchni rozległ się donośny głos jej matki.
Zdenerwowana dziewczyna zeszła do salonu, wzięła klucze z półki i prawie rzuciła je przed rodzicielką na stole.
- Coś jeszcze? – zapytała i dostawszy przeczącą odpowiedź, skierowała się na schody.
Wróciła do siebie i swojego rysunku. Nie zdążyła się w pełni oddać pasji, kiedy w pokoju obok głośno rozbrzmiała, znienawidzona przez nią, popowa muzyka, której słucha jej młodsza przybrana siostra. Zatłukę ją kiedyś – pomyślała, próbując udawać, że nic nie słyszy. Jednak każdy zbędny dźwięk, taki jak trzaskanie drzwiami i odpalanie starego samochodu, dodatkowo ją rozpraszały.
Przecież tu nie da się myśleć - stwierdziła i z rysownikiem pod pachą wybiegła z domu. Ruszyła w stronę parku, mając nadzieję, że tam znajdzie chwilę dla siebie.
Przeglądała kartki, niedokończone szkice, idąc wąskimi alejkami. Nagle ktoś wpadł na nią rozwalając po ziemi jej rysunki.
-Co robisz, idioto?! - zaczęła wydzierać się Młoda patrząc jak jej ciężka, wielogodzinna praca zostaje rozwiana przez wiatr.
Chłopak rzucił się, aby złapać wszystkie zguby i oddać właścicielce.
-Przepraszam, nie zauważyłem cię - zaczął się tłumaczyć. - Ładnie rysujesz.
-Dziękuję - odpowiedziała składając równo kartki. Chciała iść dalej w swoją stronę, ale chłopak dalej stał przed nią, zagradzając jej przejście. Dopiero teraz, kiedy próbowała go wyminąć, zauważyła, że ma duże przeciwsłoneczne okulary, czapkę z daszkiem, przysłaniającą twarz i kaptur.
-Ukrywasz się? - zapytała kpiąc lekko.
-Można tak powiedzieć. - odsłonił lico ukazując mocno zielone oczy i lśniące w słońcu rude włosy. - William - przedstawił się chłopak wyciągając rękę.
-Camilla - przełożyła szkicownik do lewej ręki i podała mu dłoń. - Więc, przed czym się chowasz, jeśli można wiedzieć?
-Przed kim, jak już - sprostował. Długa historia...
-Mam czas. Ty chyba też, skoro tak beztrosko spacerujesz sobie po parku - uśmiechnęła się milutko.
-No dobra - zgodził się Will. - W sumie, to nie aż tak długa... Gliny mnie szukają.
Dziewczyna z niedowierzeniem na niego spojrzała. Jak ktoś o TAKIM wyglądzie może być ścigany przez policję? Anioł, nie chłopak.
-Za co? - zapytała zainteresowana.
-Za narkotyki, kradzieże, bójki... - zaczął wyliczać.
-Dobra, starczy - przerwała mu Milla. - Niegrzeczny jesteś...
-Słyszę to codziennie - puścił do niej oko. Zaczęli się śmiać.
Chodzili tak po parku jeszcze jakiś czas. W końcu zaczęło się ściemniać. William odprowadził Camille do domu, po czym się pożegnali.
-Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy - powiedział zanim odszedł.
Kiedy dziewczyna weszła do domu, z przerażeniem spojrzała na zegar. Dochodziła jedenasta. Matka robiła awanturę, jeśli wracała po ósmej. Cholerne zakazy…
Chciała po cichu wejść na piętro do pokoju, ale będąc już na pierwszym stopniu schodów rozległ się przeraźliwy krzyk jej matki.
- Gdzie byłaś tyle czasu? - podeszła do niej.
-Na spacerze - odpowiedziała modląc się w duchu, żeby nie bolało za bardzo.
-Śmierdzisz papierosami. Paliłaś - stwierdziła i uderzyła córkę w twarz.
-Kolega palił - zaczęła się tłumaczyć.
-Ach... Więc byłaś z kolegą? - bolesne uderzenie w drugi policzek. Co jak co, ale ręce matka miała silne...
-Ze znajomymi. Siedzieliśmy w parku i zleciało nam. Mamo, proszę...
-Jak śmiesz mnie o coś prosić, suko? Tyle lat cię wychowywałam, a ty niczego się nie nauczyłaś! Powinnaś siedzieć w domu i się uczyć, a nie szwendać się z bandą debili - pchnęła ją na schody, kopnęła kilka razy i poszła sobie. Jak zwykle. Jakby sprawiało jej to przyjemność. A Camilla zawsze jest wobec niej bezbronna. I za każdym razem coraz bardziej odczuwa skutki matczynej podłości.

Obudziła się w swoim łóżku, w bieliźnie przykryta kocem. Siedziała przy niej Susane.
-Co jest...? - zapytała Milla próbując wstać. - Co ty tutaj w ogóle robisz, czemu nie jesteś u siebie?
-Tak tylko. Nie chciałam żebyś była sama.
-Od kiedy tak się troszczysz o młodszą siostrzyczkę?
-Przestań... może i jesteś wkurzająca, ale to nie zmienia faktu, że kocham cię jako siostrę... I nie życzę sobie, żeby ktokolwiek robił ci krzywdę. Nawet jeśli jest to nasza matka.
Camilla westchnęła, podeszła do siostry i usiadła obok.
-Dziękuję - powiedziała przytulając się do niej.
Na dole trząsnęły drzwi. Wyszła. Susanne zostawiła siostrę samą, aby ta mogła spokojnie się ubrać i ogarnąć jako tako przed wyjściem. Za pół godziny powinna wyjść do szkoły. Nie mogła zrobić sobie wolnego, jeśli nie chciała dostać od matki jeszcze raz. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale ona zawsze o wszystkim dowiaduje się jako pierwsza.
Ubrana w szare spodnie, trampki i koszulę w kratę siedziała przy kuchennym stole męcząc się nad bułką z masłem. Nic innego nie mogła przełknąć.

Dwie godziny później siedziała już w ostatniej ławce na chemii.
- Camilla, Camilla, Camilla… - starszy nauczyciel w okularach z grubymi oprawkami, podszedł do jej ławki i postukał długopisem w okładkę jej zamkniętego zeszytu, wyrywając ją tym samym z zamyślenia.
- Tak? – zapytała nieprzytomnym głosem. Nie jest dobrze…
- Proszę pokazać mi swój referat z chemii nieorganicznej – zażądał wyglądając zza swoich okularów profesor.
- Nie mam.
Kurwa! Jak mogła o tym zapomnieć? Mogła dać sobie głowę urwać, że miała to zadane na przyszły wtorek.
- Chciałbym panią poinformować, iż grozi pani zagrożenie z mojego przedmiotu. Radziłbym wziąć się za naukę. Proszę zostać po lekcjach – nauczyciel wrócił do swojego biurka i zaczął tłumaczyć klasie nowy temat.
Musi. Wiedziała o tym. Musi wreszcie zacząć się uczyć. Ale jakoś nie mogła się przełamać i usiąść do książek. Brakowało jej motywacji. Poza tym była cholernie leniwa.
- Olej to – poradził jej Will następnego popołudnia.
- Po to, żeby i mnie zaczęła ścigać policja? – zaśmiała się dziewczyna. – Nie, dzięki… Chyba jednak spróbuję to jakoś zaliczyć.
- Twój wybór… Ja tam nie mam takich problemów.
- No nie… - przyznała Camilla. – Ty masz gorsze – spojrzała na niego i wyszczerzyła się.
- Dzięki… - mrugnął do niej.
- Masz zegarek?
- Taa… Za piętnaście piąta.
- Muszę już lecieć.
Przytuliła się na pożegnanie i odeszła w stronę domu. Ma piętnaście minut na dojście przed matką, ale wszystko wokół wydawało się utrudniać jej szybką drogę. Wymijała ludzi na ulicy, przepychała się między staruszkami rozprawiającymi z zamiłowaniem, przebiegała na czerwonym świetle, o włos unikając wypadku.
Z impetem wbiegła do domu, mając nadzieję, że zdążyła. Było cicho, ale kurtka matki wisiała na wieszaku. Weszła szybko na górę rozglądając się po mieszkaniu. Zamknęła drzwi swojego pokoju i zabrała się do nauki. Biologia, angielski… Od czego zacząć? Niech będzie biologia.
Skończyła jakoś po północy i poszła wziąć szybki prysznic.
Dziwne, matki do tej pory nie było słychać? Pewnie znowu gdzieś się najebała i wróci nad ranem.
Susanne spała dzisiaj u jakiejś koleżanki, więc o nią martwić się nie musiała. Pani Richards lubi troszczyć się o ludzi. Zresztą dziewczyna jest prawie dorosła, sama też potrafi o siebie zadbać. A mała Sam? Jakoś mało interesowały ją losy przybranej siostry.

- Wkuwasz? – podeszła do niej Alice, koleżanka z ekonomii.
- Muszę, jeśli chcę zdać – odpowiedziała Camilla znad podręcznika. Wyszła do szkoły wcześniej, mając nadzieję na powtórzenie ostatniego tematu przed lekcją.
- Pomóc ci? Jestem dość dobra z angielskiego.
- Na razie nadrobiłam wszystkie zaległości, ale jeśli będę potrzebować pomocy, to dam znać. Dzięki – uśmiechnęła się.
Niedługo potem rozbrzmiał donośny dźwięk szkolnego dzwonka, wzywający na lekcje.
Wskazówka minutowa poruszała się niezwykle wolno, ale Milla próbowała skupić się na słowach nauczyciela, a nie na czasie.
Jeszcze dziesięć minut.
- Camillo, zrób następny przykład na tablicy – nauczycielka wskazała na dziewczynę podając jej kredę. Ta zerknęła do zeszytu na zrobione już zadanie, szukając odpowiedzi. Podeszła do tablicy i rozwiązała zadanie z pamięci, nie wiedząc nawet za bardzo, o co w nim chodzi. Nauczycielka podziękowała dziewczynie i pozwoliła jej zająć miejsce.
Nagle ktoś wszedł do klasy. Pierwsza myśl, że jakiś spóźniony uczeń pragnął uraczyć nauczycielkę angielskiego swoją obecnością przez pięć ostatnich minut. Ale kiedy odwróciła się do drzwi, okazało się ciut inaczej, niż przypuszczała.
- Camilla Spencer, jest tutaj? – zapytał jeden z przybyłych policjantów, czytając z karteczki jej nazwisko.
- To ja – odezwała się przestraszona lekko dziewczyna. Po cholerę o mnie pytają…?
- Idziesz z nami – powiedział drugi policjant podchodząc do Camilli z kajdankami.
- Ale co… co? – dziewczyna spanikowała. Chciała powiedzieć, że to musi być jakaś pomyłka, że się pomylili, bo ona nic przecież nie zrobiła, ale głos uwiązł jej w gardle. Przecież jakby chcieli tylko sobie pogawędzić, to nie skuwaliby jej kajdankami. Kurwa, za co?!
- Chwileczkę, o co chodzi? Dokąd ją zabieracie? – wtrąciła się nauczycielka.
- Mamy nakaz ją zatrzymać. Proszę dalej prowadzić lekcję – odpowiedział facet z imieniem John wypisanym na plakietce.
Wyszli z budynku szkoły i przerażoną dziewczynę wprowadzili do radiowozu.

1 komentarz: